wtorek, 24 września 2013

David Eddings - książki dzieciństwa

Nieco odskoczni od ciągłego zajmowania się dłubaniem przy jednej rzeczy to rzecz wysoce wskazana. Moją odskocznią (jak - prawie - zwykle) okazały się książki. I to nie byle jakie! Książki tego autora (jak również w konfiguracji z małżonką) czytałem wielokrotnie w ciągu tych 9 lat spędzonych w pobliskim zespole szkół. Porównując z tytułami w których zaczytywałem się nie tak dawno temu - jak choćby twórczość Jacka Dukaja - dzieła Eddingsa są proste, schematyczne, prawie całkiem przewidywalne i - co najbardziej widoczne - od razu możemy założyć, że nie zginie ani jedna naprawdę ważna postać. Jest jeden wyjątek, którego śmierć była potem wspominana po tysiąckroć w kolejnej trylogii rozgrywającej się w tym samym świecie.

Tak się składa jednak, że są to książki mojego dzieciństwa. Wiąże się z tym ogrom wspomnień. Noce spędzone z lampką pod kołdrą, kiedy wszyscy śpią. Chwile, kiedy przekradałem się do ubikacji o trzeciej w nocy, albo moment, kiedy prawie udusiłem się, kiedy picie wpadło nie do tej dziurki, bo umysł i oczy ciągle zgłębiały zawartość opasłego tomu o przygodach Sparhawka, Mistrza Zakonu Pandionu, Anakhy, Księcia Małżonka, Obrońcy Korony, Dzierżyciela Błękitnej Róży (tak, to wszystko tytuły tego jednego pana).
Kilkukrotne przeczytanie jego przygód to tysiące stron, setki godzin, dziesiątki spędzonych przy tym nocy i wiele spóźnień w dzienniku szkolnym... Aż się łezka w oku kręci, kiedy wspominam epickość wylewającą się wiadrami z każdej stronicy opiewającej odwagę i siłę Sparhawka i jego zbawiającej świat drużyny :)

Bohater o którym mówię jest główną postacią dwóch trylogii: Elenium i Tamuli. Mam wrażenie, że ta druga (o ile to w ogóle możliwe) funduje nam o wiele większą dawkę wielkich czynów/ratowań świata/pokonywania wrogów/ratowania przyjaciół/ważnych decyzji/epickich starć/pojedynków z bogami (niepotrzebne skreślić) niż pierwsza, co zadziwia, biorąc pod uwagę, że zginął tam jeden z najstarszych bogów, jego potężny sługa, a jego miasto zostało wysadzone w powietrze (nie wspomnę o ratowaniu religii, nawracaniu wiernych, tłumieniu rebelii i akcjach szpiegowskich godnych Bonda).

Ogólnie: czasami przynudza, czasami wspaniałość bohaterów po prostu się ulewa, ale... ze względu na długą znajomość jestem panu Eddingsowi skłonny wybaczyć te potknięcia :)

Jedyną rzeczą jakiej nie jestem mu w stanie wybaczyć jest niezwykłe zainteresowanie poświęcane małym chłopcom. Serio. Znajdują młodego chłopaka i zabierają go ze sobą bo intuicja/proroctwo/jakaś księga tak każe/whatever. Po jakimś czasie okazuje się on małym da Vincim, krynicą mądrości, człowiekiem renesansu. Zazwyczaj to jego pomysły ratują całą sytuację. Chłopaczek jest w stanie sam jeden robić za sztab księgowych / teologów / rzeźbiarzy / malarzy / cokolwiek.... To samo powtarza się chyba w każdym cyklu książek tego pana. Na domiar złego nagle wszyscy chcą go kupić/wynająć/zabrać/adoptować po usłyszeniu kilku słów z jego ust będących krynicą mądrości.

Nie wspomnę już o podobnym zainteresowaniu okazywanym małym dziewczynkom, które zawsze sobie wszystkich okręcają wokół palca i robią co chcą...

A wy? Macie jakieś książki które krążą za wami od wielu lat?

1 komentarz:

  1. Ja pamiętam, że od małego polubiłem Verne'a. Pierwszą jego książkę przeczytałem, bo spodobała mi się okładka ;)

    OdpowiedzUsuń